Odtwarzacze CD, a właściwie ich lasery, mają pewną określoną (odgórnie, czy nie) żywotność.

Po 4-tej (w ciągu ~15lat) wymianie napędu w moim wysłużonym Technicsie SL-PG 590, co notabene nie stanowi najmniejszego problemu – 15 min pracy, koszt całego nowego napędu (CDM 12.1) to 45 ÷ 60 zł, stwierdziłem, że czas chyba pomyśleć o nowym odtwarzaczu. Powód? Postęp techniczny. Ale czy faktycznie taki postęp? W dziedzinie jakości i możliwości obróbki dźwięku – być może. W dziedzinie ergonomii – totalne uwstecznienie, co zamierzam dowieść na własnym przykładzie.

Nowy CD.

Zacząłem badać teren. Jako, że nie jestem audiofilem wyznaczyłem sobie granicę cenowo – zdroworozsądkową 2500 zł. za odtwarzacz.

Po 500 godzinach spędzonych w internecie na czytaniu audiofilskiego bełkotu zacząłem zwiedzać. Po wysłuchaniu mnóstwa opinii i odsłuchach został jeden kandydat. Cambridge Audio Azur 650C. Niebawem miną 3 lata od kiedy go używam, a właściwie od kiedy go kupiłem bo nie używam go zbyt często. Więc postanowiłem podzielić się moimi uwagami na jego temat, bo uważam, że ta konstrukcja jak i wszystkie inne teraźniejsze odzwierciedlają trend, któremu osobiście mam coś za złe.

Jakości i precyzji wykonania samego CD nie mam wiele do zarzucenia. Solidna obudowa, dobrze wykończony aluminiowy panel czołowy. Ale jest kilka ale.

Mianowicie:

 

1)   Wyświetlacz.

 

Cambridge Audio            Technics

 

      Ubogi, "tłusty" i nieczytelny z większej odległości albo w dzień. Zastanawiam się dlaczego wyświetlacze LCD wypierają VFD, które do tej pory były standardem? Wcale nie są tańsze, a na pewno pod względem czytelności i jakości są gorsze. Boli mnie, że to ma miejsce. Zresztą podobnie zaczyna być w samochodach – malutki wyświetlaczyk LCD, czyli taki jak kiedyś w zegarkach, pokazany przez „lupę” żeby dało się coś odczytać, i żeby robił wrażenie, zamiast normalnego zestawu wskaźników zegarowych.

Wracając do wyświetlacza w CD. Jego szybka ochronna nie do końca ma płaską powierzchnię. W porównaniu z akrylową, szlifowaną szybką jakiegokolwiek starszego sprzętu wypada tandetnie.

Teraz po fakcie zaczynam się nim interesować i na stronie jednego z dealerów czytam, na temat następcy - 651C:

      "W celu zapewnienia prostej obsługi zamontowano kontrastowy, czarny wyświetlacz DFSTN (Double Film Super Twisted Nematic), oferujący doskonałą czytelność imponujących własności odtwarzacza 651C" 

      Tekst robi wrażenie co? Ale jak już ochłoniemy pytamy, co to za bełkot? Wyświetlacz oferuje "doskonałą czytelność imponujących własności"? Znaczy co? Wyświetla numer ścieżki i czas? Brawo! I co on ma do prostej obsługi?

      Ale pal licho. Być może właściwości odtwarzacza są imponujące, nie kwestionuję tego, lecz właściwości jego wyświetlacza do imponujących z pewnością nie należą, bo wadą ekranów Super Twisted Nematic jest duży czas reakcji oraz niski kontrast właśnie. Do wyświetlaczy VFD się nie umywają. Już lepsze są LED. No ale takie czasy. VFD (Vacuum fluorescent display) to lampa elektronowa z podgrzewaną katodą, siatką, anodą pokrytą luminoforem zamknięta w szklanej bańce, z której wypompowano powietrze. To najlepszy, najbardziej jasny, kontrastowy i czytelny wyświetlacz jaki do tej pory ludzkość wymyśliła i z powodzeniem był powszechnie stosowany. Jedyna jego wada to pobór prądu uniemożliwiający zastosowanie go w telefonach komórkowych. Właśnie przez to cały świat przestawia się na te nieszczęsne ciekłe kryształy. Ale w odtwarzaczu CD chyba te kilka mA nie robi różnicy? Zwłaszcza takim, który chwali się wydajnym audiofilskim transformatorem (cokolwiek to znaczy). Bo co jest priorytetem w wyświetlaczach sprzętu audio? Wg mnie czytelność.

      LCD może się sprawdzają w telefonach i zegarkach ale w sprzęcie, w którym trzeba czasem coś odczytać z większej odległości niż wyciągnięta dłoń - nie.

      Na stronie tego samego dystrybutora przy odtwarzaczu, ale już nie audiofilskim, który wyposażono faktycznie w najlepszy z wymyślonych do tej pory wyświetlaczy - wspomniany VFD, w rubryce - rodzaj wyświetlacza - znajdujemy tylko krótkie, suche stwierdzenie - fluorescencyjny.

      Nic nie sugerujące, albo sugerujące wręcz, że nie warto sobie nim zawracać głowy. Takiego kreatywnego "obiektywizmu" nie znoszę.

 

2)   Pilot.

 

 

      Długi, ciężki, skrzypiący. Z jednego chwytu nie obsłużymy wszystkich funkcji. Dla porównania: pilot Technicsa jest lekki, i cała obsługa sprowadza się tylko do ruchu kciuka, pod którym dziwnym trafem zawsze znajduje się właściwy przycisk. Jak to możliwe? Bo ktoś zwyczajnie wykonał pracę myśląc nad ich rozmieszczeniem. Mój pilot z DVD za 99 zł jest wielkości telefonu, wszystkie przyciski ma w zasięgu kciuka, nieregularnie rozmieszczone, różnych kształtów i wielkości, różnych kolorów, a nie, że jak nacisnąłem "trójkę" a nast. chcę "repeat" albo zmienić format wyświetlanego czasu to muszę przesuwać pilota w dłoni, bo ktoś wymyślił, że ma mieć długość 235 mm, a guziczki (wszystkie takie same) rozmieszczone równiutko co 12 mm. Wymaga to od kciuka pokonania 122 mm. Kłania się ergonomia. Mimo że mam palce długie jak John Petrucci obsługa tych audiofilskich pilotów każe mi się zapytać, co robią te wszystkie jednostki certyfikujące, czy "laboratoria badawcze" firm audiofilskich, które ponoć pomyślały o wszystkim? Szkoda, że nie zapytały po co na panelu pilota "hula wiatr"? Dlaczego wiem - bo pilot jest tak wielki, że obejmuje dwie strefy klimatyczne, ale po co? Założę się, że jakiś audiofilski recenzent już gdzieś napisał "duży, trudny do zgubienia, poręczny pilot", którego z powodzeniem można użyć do zabicia karpia na święta.

      Kolejna rzecz. Na najczęściej używanych przyciskach na „kółku menu” ideogramy wytarte już po pół roku. W pilocie Technicsa opisy są nad przyciskami. Przypadek? Na zdjęciu porównanie. Pilot C.A. po półrocznym użytkowaniu oraz pilot Technicsa po kilkunastu latach użytkowania

 

3)   Przyciski sterowania w samym CD.

      Malutkie okrągłe guziczki czarne na czarnym tle, wymagające niezłej koordynacji psychoruchowej jeśli nie chcemy wypalcować przedniej płyty, a nie chcemy, bo faktycznie jest piękna i faktycznie aluminiowa za co padam do nóg producentom. Te guziczki wymagają od nas jeszcze pamięci, który do czego bo nie różnią się ani kształtem, ani kolorem, ani wielkością a rozmieszczenie ich jest nic nie sugerujące. Sokoli wzrok jest tutaj pomocny w odczytaniu napisu.

 

4)   Odtwarzacz nie może się zdecydować, czy wyłączać się po pierwszym naciśnięciu przycisku On / Off z pilota, czy po drugim. Raz tak, raz tak. Klikamy Off, odkładamy odruchowo pilota, po czym stwierdzamy, że pierwszą komendę CD zignorował. Ponawiamy próbę – Alleluja!  Wyjątkowo denerwująca przypadłość, bo człowiek nie ma pewności, że się wyłączył. Trzeba podejść i sprawdzić na wyświetlaczu, którego w dzień nie widać. Przez takie coś odnoszę wrażenie braku współpracy, a wręcz złośliwości urządzenia. Technics wyłączał się błyskawicznie, zawsze po pierwszym naciśnięciu gdy tylko przycisk w pilocie poczuł ciepło mojego palca a dobrze widoczna, czerwona dioda sygnalizowała przejście do trybu Stand By.

 

5)   Jednokrotne naciśnięcie przycisku |<< w trakcie odtwarzania powinno skutkować rozpoczęciem od początku nagrania, które właśnie leciało, co potwierdza też instrukcja. Tak się jednak nie dzieje. |<< to zawsze wstecz o jedno nagranie. Jeśli grało pierwsze, jednokrotne naciśnięcie |<< powoduje przeskok na ostatnie. Być może powinienem to reklamować, ale powiedzmy, że da się z tym żyć jeśli wyzbędziemy się wieloletniego przyzwyczajenia i wyrobimy odruch naciśnięcia |<<    >>| gdy chcemy to samo od początku.

 

Podsumowując.

Jakość dźwięku i brzmienie bez zarzutu. Gra świetnie.

Jeśli chodzi o ergonomię, funkcjonalność i czytelność sprzęty z poprzedniej „epoki” biją na łeb niemal wszystkie obecne produkcje. Nie tylko wspomnianego 650C. Może i jego w znikomym stopniu, ale i tak nie lubię tego odtwarzacza za jego „audiofilskość” właśnie. Za małe okrągłe guziczki tylko do podstawowych, znikomych zresztą funkcji, małe - mimo sporych odległości je dzielących, za ubogi „mydlany” wyświetlacz, brak regulowanego wyjścia słuchawkowego, brak możliwości przyciszenia go z pilota, za ten nieszczęsny audiofilski minimalizm i nudną prostotę. Kupując go myślałem - jakoś się przyzwyczaję. Nie przyzwyczaiłem się.

Zmuszam się żeby go polubić, bo gra naprawdę dobrze, a każdy inny dzisiejszy sprzęt w tej klasie cenowej prezentuje to samo. Zresztą wyższa klasa w jeszcze większym stopniu preferuje te wszystkie cechy, które tutaj piętnuję. Chciałem dokupić do niego tuner, ale jego nie lubię już na starcie za te same małe okrągłe guziczki, taki sam mdły wyświetlacz i brak porządnej dużej gałki. Jak w tunerze może nie być gałki?! Totalny brak poszanowania tradycji. Zawsze było tak, że tuner rozpoznajemy po dużej gałce z prawej, wzmacniacz po dużej gale "Level", mnóstwie przełączników i wskaźnikach VU, odtwarzacz CD po szufladzie oraz mnóstwie przycisków i rozbudowanym wyświetlaczu, gramofon po talerzu,... Po co to psuć? Po co sprowadzać wszystko do kilku takich samych, prostych klocków z takimi samymi małymi guziczkami i tylko guziczkami do podstawowych funkcji?

Czy naprawdę przyjemniej jest naciskać mikroskopijną kropkę niż pokręcić dużą, aluminiową, masywną, toczoną gałę?

Nie.

Jest łatwiej wyprodukować. I taniej.

 

Nie mam żalu do producenta ani do sprzedawców, bo za rozsądną cenę otrzymałem dobrze grający sprzęt. Poza tym nikt mnie nie zmuszał do jego zakupu. W każdej chwili mogę go sprzedać i kupić inny. To nie problem. Problem w tym, że nie mam co kupić, bo świat przeszedł na plastikowe przyciski z pilotów samochodowych i wyświetlacze z zegarków.

Dlaczego już nie ma takich Sony X339ES z klawiaturą numeryczną, drewnianymi bokami, przyciskami, w które można trafić, wyświetlaczem czytelnym z 6 metrów?

Urodziłem się za późno i ubolewam nad faktem, że dosięgła mnie ta cała audiofilskość.

Jak tak dalej pójdzie, sprzęt audio zostanie zredukowany do gołej skrzynki sterowanej pilotem, na którym będzie 5 mikroskopijnych przycisków.

Mam o to żal, bo chcę obcować ze sprzętem, dotykać go, widzieć jak żyje, bawić się nim. Audiofile sukcesywnie mnie tego pozbawiają w imię swojej religii, którą sami kreują, nawet jej nie rozumiejąc. Wydaje im się, że im mniejszy przycisk tym mniej ingeruje w tor akustyczny, im więcej wolnej przestrzeni na panelu czołowym tym więcej przestrzeni w dźwięku.

 

Nie lubię Was audiofile. Bo to przez Was ten „pozłacany” minimalizm.

To przez Was ceny są nieadekwatne do wartości (zawartości) sprzętu. Drwicie z tych, którzy przywiązują wagę do wyglądu, a sami jesteście największymi ofiarami własnej religii. Wystarczy coś okroić do granic przyzwoitości, mądrze nazwać i dorobić wydumaną teoryjkę, a z wypiekami na twarzy biegniecie zaciągnąć kredyt. Później, gdy jednak czegoś wam brak wmawiacie sobie, że tak musi być aby dźwięk był Hi End. Poza tym jesteście obłudni, bo obnosicie się ze swoim "dźwięk, a nie wygląd jest najważniejszy", "minimum konieczne", a z drugiej strony tak lubicie lampy. Dlaczego? Bo są lepsze? Zdania są podzielone. Lubicie je przede wszystkim za to, że są efektowne. To samo dotyczy gramofonów analogowych. Dlaczego nie mruczycie pod  nosem "To ma grać a nie wyglądać" gdy stoicie przed ociekającym chromem i złotem gramofonem, w którym sam talerz waży tyle co koło ciężarówki a zainstalowane w nim ustrojstwa z pogranicza metafizyki mają  już za zadanie jedynie połechtać ego nabywcy. Zdecydujcie się czego chcecie i bądźcie konsekwentni.

 

Dźwięk jest najważniejszy, ale żaden dźwięk nie przekona mnie do posiadania urządzenia, które coraz mniej kojarzy się z wojskową radiostacją, a coraz bardziej z damską puderniczką, jeśli wiecie co chcę powiedzieć.

 

Szukam innego odtwarzacza. Nadzieję budzi Yamaha CD-S1000 lub 2000. Chyba ostatni bastion zdroworozsądkowej ergonomii. Jeśli zagra na podobnym poziomie co Azur i ma wyświetlacz VFD bez wahania wymienię Five'o-clocka na Japończyka. Odsłuchy dopiero przede mną. Zdroworozsądkowy limit cenowy też poszedł w górę. Jestem skłonny dopłacić do "męskiego" wyglądu. Jeśli już ascetyzm w tej dziedzinie jest chwilowo nieunikniony, to pod postacią Yamahy CD-S1000 / 2000 jest jeszcze do zaakceptowania.